Autosabotaż – kiedy sama stajesz sobie na drodze
- marzenazawierta

- 5 lip
- 3 minut(y) czytania
Najtrudniejsze przeszkody nie zawsze stoją przed nami.
Czasem są ukryte głęboko w nas — w lęku, w dawnych ranach, w przekonaniach, które nosimy od lat, i w schematach, które kiedyś miały nas chronić, a dziś zaczynają nas zatrzymywać.
Autosabotaż nie zawsze wygląda jak świadome niszczenie własnego życia. Dużo częściej jest cichym wycofaniem się z tego, czego naprawdę pragniemy.
Niby chcemy zmiany.
Niby wiemy, że coś nam nie służy.
Niby czujemy, że czas wybrać siebie.
A jednak odkładamy decyzję. Wracamy do starych schematów. Milczymy, kiedy powinnyśmy postawić granicę. Rezygnujemy tuż przed momentem, w którym coś mogłoby się naprawdę zmienić.
I właśnie tu zaczyna się autosabotaż.
To nie zawsze wielkie dramatyczne decyzje. Często to małe, codzienne wybory, które po cichu oddalają nas od siebie.
To odkładanie wszystkiego na później.
To wracanie do ludzi, po których trzeba długo dochodzić do siebie.
To jedzenie nie dlatego, że ciało jest głodne, ale dlatego, że dusza jest zmęczona.
To mówienie „nie dam rady”, zanim w ogóle spróbujemy.
To zaczynanie od nowa co poniedziałek.
To rezygnowanie tuż przed momentem, w którym coś mogłoby się naprawdę zmienić.
Z zewnątrz może wyglądać to jak lenistwo, brak konsekwencji albo słaba wola. Ale bardzo często pod spodem jest coś dużo głębszego.
Lęk.
Lęk przed zmianą.
Lęk przed oceną.
Lęk przed porażką.
Ale czasem też lęk przed sukcesem.
Bo jeśli naprawdę mi się uda, to co wtedy?
Kim będę, jeśli przestanę żyć starym schematem?
Co się stanie, jeśli w końcu przestanę ratować wszystkich dookoła i zacznę ratować siebie?
Autosabotaż często wyrasta z miejsc, w których kiedyś zabrakło bezpieczeństwa. Z dzieciństwa, z relacji, z odrzucenia, z krytyki, z życia w napięciu. Ciało i umysł uczą się wtedy jednego: lepiej zostać przy tym, co znane, nawet jeśli boli, niż wejść w coś nowego, czego nie umiemy jeszcze kontrolować.
Dlatego czasem wybieramy stary ból zamiast nowej wolności.
Holistycznie patrząc, autosabotaż nie dzieje się tylko w głowie. On mieszka też w ciele.
W napiętych barkach.
W zaciśniętej szczęce.
W płytkim oddechu.
W brzuchu, który reaguje na stres.
W zmęczeniu, które nie mija po jednej nocy snu.
W układzie nerwowym, który od lat działa w trybie przetrwania.
Bo kiedy ciało jest przeciążone, trudno podejmować dobre decyzje. Trudno być konsekwentną. Trudno słuchać intuicji. Trudno wybierać siebie, kiedy cały organizm woła tylko: „przetrwaj”.
Dlatego praca z autosabotażem nie polega na tym, żeby jeszcze bardziej się dociskać.
Nie chodzi o kolejną presję.
Nie chodzi o karanie siebie.
Nie chodzi o mówienie: „weź się w garść”.
Chodzi o zatrzymanie się i zadanie sobie uczciwego pytania:
Przed czym ja tak naprawdę siebie chronię?
Bo autosabotaż bardzo często jest nieudolną formą ochrony. Część nas próbuje nas zatrzymać, bo boi się, że zmiana będzie zbyt trudna, zbyt bolesna albo zbyt nieznana.
Dlatego zamiast walczyć ze sobą, warto zacząć siebie słuchać.
Zapytać:
Dlaczego odkładam tę decyzję?
Czego się boję?
Czy ta sytuacja naprawdę mi służy?
Czy wybieram to z miłości do siebie, czy ze strachu?
Czy moje ciało mówi „tak”, czy tylko moja głowa próbuje wszystko wytłumaczyć?
Powrót do siebie zaczyna się często od bardzo małych rzeczy.
Od spokojnego oddechu.
Od regularnego posiłku.
Od snu.
Od spaceru.
Od powiedzenia „nie”.
Od przerwania jednego schematu.
Od niezadzwonienia do kogoś, kto zawsze wyciąga z nas energię.
Od nieporzucenia siebie po raz kolejny.
Nie trzeba zmieniać całego życia w jeden dzień.
Czasem wystarczy zauważyć jeden moment, w którym znowu chcemy uciec od siebie. I tym razem wybrać inaczej.
Autosabotaż nie znika od samej wiedzy. On zaczyna słabnąć wtedy, gdy budujemy w sobie poczucie bezpieczeństwa. Kiedy ciało przestaje żyć w ciągłym napięciu. Kiedy uczymy się regulować emocje, zamiast je zagłuszać. Kiedy zaczynamy ufać sobie bardziej niż starym ranom.
Bo można całe życie być dla innych silną, pomocną, dostępną i wyrozumiałą, a jednocześnie samej sobie podstawiać nogę.
Można wspierać wszystkich, a siebie zostawiać na końcu.
Ale przychodzi taki moment, kiedy dusza zaczyna szeptać:
„Już wystarczy. Wróć do siebie”.
I może właśnie od tego zaczyna się uzdrawianie.
Nie od wielkiej rewolucji.
Nie od perfekcyjnego planu.
Nie od życia bez lęku.
Ale od decyzji, że przestajesz być swoim wrogiem.
Że zaczynasz być po swojej stronie.
Powoli. Czule. Uważnie.
Krok po kroku.
Bo czasem największą zmianą nie jest zrobienie czegoś więcej.
Czasem największą zmianą jest przestać sobie przeszkadzać.



Komentarze